Świadectwa
Jak widać poniżej, są tu dość stare wypowiedzi. Oczekujemy sporo aktualnych
świadectw, które proszę nadsyłać na meila
przebudzenie@poczta.onet.pl.
rok 1996
Na początku stwierdzam, że marsz ewangelizacyjny to czas, kiedy manifestuje się
Boża współpraca między chrześcijanami. Myślę, że Bóg się z tego bardzo cieszy.
Chciałabym przedstawić kilka aspektów, które najbardziej uradowały moje serce.
Mianowicie: teren działalności chrześcijan. Uważam, że był to dobry sposób,
by nauczyć się praktycznych rzeczy, które funkcjonują w życiu z Bogiem. Np.
głoszenie Ewangelii na ulicy w indywidualnych rozmowach z ludźmi, składanie
świadectwa swego nawrócenia przez mikrofon itp. Chcę również opowiedzieć
o czymś, co Jezus czynił wśród nas samych. Czas społeczności z Bogiem i ze sobą
nawzajem był bardzo błogosławiony. Otwieraliśmy swoje serca na siebie, mówiliśmy
o swoich problemach, dzieliliśmy się doświadczeniami z życia w Panu. Mogliśmy
służyć sobie nawzajem przez rozmowę, modlitwę. Bardzo kontrowersyjnym i bardzo,
bardzo potrzebnym był wykład Jurka Przeradowskiego na temat relacji
przedmałżeńskich oraz zjawisk, jakie towarzyszą temu okresowi. W marszu brali
udział właściwie sami młodzi ludzie (również 15-18-latkowie; co bardzo mnie
cieszy /przedział wiekowy był w granicach od 7 do 43 lat - przyp. redakcji/),
większość w stanie wolnym. Wiem, że słowa, które usłyszeliśmy, stały się
błogosławionymi. To jest naprawdę bardzo ważna sprawa. Tym bardziej, że w wielu
społecznościach zaniedbuje się ten temat. Natomiast dla mnie bardzo ważnym
momentem był fakt, kiedy Bóg tak na serio wprowadził mnie w służbę, którą mi
powierzył. Praktyka w służbie przynosi konkretny owoc w Bożym Królestwie. Chwała
Bogu za wszystko, co On czyni. mogłam się w tym swobodnie poruszać i zauważyłam,
że to mnie cieszy. Chociaż czasami trzeba było się przełamywać. Mogłam też
oglądać Boże dzieła; powoływanie ludzi do Królestwa Bożego. Była to dla mnie
namiastka nadchodzącego przebudzenia. Zauważyłam też po dwóch marszach, że Bóg
bardzo działa w budowaniu relacji, a to prowadzi do jedności i zacierania się
granic związanych z różnicami. Zawsze wracam z marszu z odczuciem, że bardzo
kocham tych ludzi.
Gosia z Zelowa
Nie mogłem się doczekać marszu. Po marszu chodziłem taki nakręcony, napełniony
Duchem. Zobaczyłem, że życie w Duchu jest tak bardzo różne od życia w duszy.
Duchowe rzeczy nie są koniecznie odczuwalne przez duszę. Było widać, jak
posłuszeństwo Duchowi Świętemu wbrew negatywnym uczuciom, np. zmęczeniu czy
zniechęceniu. przynosi dobre owoce. Pierwszy raz mogłem działać tylko w wierze
bez jakichkolwiek doznań. Zobaczyłem, że Słowo jest skuteczne i działa w
ludziach nawet wtedy, jeśli ja tego nie czułem. Zafascynowało mnie, że motywacją
głoszenia może być miłość, a nie jakaś konieczność. Tego mogłem doświadczyć i
zasmakować podczas tego obozu.
Arek z Zelowa
Marsz to dla mnie zawsze bardzo błogosławiony czas. Tym razem wydarzyło się coś,
co dotyczyło mojej służby, w której jestem bardzo oporna. Poza tym miałam
wolność w głoszeniu Ewangelii. W zeszłym roku czułam się delikatnie wprowadzana
w to, a teraz Przeżyłam chrzest wodą, uczestniczyłam w pierwszej Wieczerzy
Pańskiej, co było dla mnie dużym przeżyciem, dostałam od Pana dar języków oraz
wiele słów i proroctw. Jedna z sióstr miała słowo, że Pan powołał mnie do służby
proroczej. Zaraz też się o tym przekonałam, kiedy podczas jednej z ewangelizacji
miałam proroctwo do pewnego chłopaka, który się nawrócił tego dnia do Jezusa.
Doznałam również uzdrowienia, zaczęłam otwierać się na głoszenie Ewangelii.
Mogłabym pisać na ten temat bardzo dużo, cały ten czas był dla mnie jak i dla
wszystkich chrześcijan tam przebywających bardzo błogosławiony.
Gdy wróciłam ze Świebodzina w niedzielę wieczorem, to następnego dnia musiałam
iść do pracy. Cały czas myślałam o marszu i o tym, co tam przeżyłam z Panem i
oczywiście z chrześcijanami. Tego dnia, gdy wróciłam do domu z pracy, poczułam
tą beznadziejną sytuację z tymi swoimi problemami i płytkimi rozmowami. Wiem,
że Pan cały czas był przy mnie, ale jednak brakowało mi atmosfery poprzednich
dwóch tygodni. W efekcie zaczęłam płakać i nie mogłam się uspokoić przez ok.
2 godziny. Dziewczyny, z którymi wynajmuję mieszkanie już nie wiedziały, co ze
mną robić. Następne dni były coraz bardziej pokrzepiające a w środę na
nabożeństwie u "Zielonych" wyszliśmy razem z Agnieszką i Zbyszkiem oraz z
Markiem na środek Zboru i opowiadaliśmy przez mikrofon o marszu i wspaniałych
dziełach Boga w każdym miejscu, w którym byliśmy. Przeczuwałam, że czas, jaki
spędzę na obozie chrześcijańskim będzie w pewnym sensie przełomowy, no i nie
myliłam się. Marsz również był i pod tym względem przełomowy: gdy w piątek,
kilka dni po powrocie ze Świebodzina pojechałam do domu, wiedziałam, że zbliża
się czas, kiedy rodzice dowiedzą się, że jestem chrześcijanką... Tak
siedzieliśmy 4 godziny, kiedy mówiłam, jak Bóg zmienia moje życie, że On żyje...
Również w pracy zaczęłam mówić o sobie jako o chrześcijance, ale to dopiero
początek... Wiem, że Bóg, tak jak to ostatnio mi obiecał, będzie zmieniał
moje życie w każdej dziedzinie, a czy mamy nie wierzyć jego Słowu?... Cieszę
się, że na marszu poznałam tak wiele świetnych ludzi oddanych Bogu. Myślę, że
za rok będzie ich jeszcze więcej...
Agnieszka z Łodzi
Marsz był dla mnie wspaniałym przeżyciem. Uczestniczyłam pierwszy raz w takiej
ewangelizacji i jestem bardzo zbudowana doświadczeniem działania Bożego. Pan
bardzo nam błogosławił i chociaż nie w każdej miejscowości było widać wielkie
efekty, to wierzę, że ziarno zostało zasiane i na pewno przyniesie owoc.
Jola z Konina
Mój dwukrotny udział w ewangelizacyjnych obozach wędrownych organizowanych przez
Misję wywarł na mnie niezapomniane wrażenia. Te łącznie cztery tygodnie to dla
mnie najlepszy czas, jaki gdziekolwiek i kiedykolwiek spędziłem.
Bardzo mocne wrażenie wywiera na mnie poczucie jedności, jakie Bóg daje nam
podczas tych obozów. Choć zbiera się grupa ludzi z różnych społeczności i miast
Polski, to już drugiego dnia można odczuć wspaniałą jedność i miłość, jaką dają
nam Jezus, ponieważ jednoczymy się w tym celu, który jest dla Niego
najważniejszy - aby głosić Dobrą Nowinę. Kiedy np. na drugim obozie na
społeczności przyjmowaliśmy Wieczerzę Pańską i błogosławiliśmy się wzajemnie,
czułem się tak, jak ludzie powinni się czuć w Święta Bożego Narodzenia, a nawet
o wiele, wiele lepiej.
Drugą, bardzo ważną sprawą jest to, że Bóg jest tak blisko z nami, a Jego
obecność jest niemalże namacalna, że myślę, iż to właśnie tak zbliża nas do
siebie. Sprawdza się w tym prawdziwość słów Jezusa, który szczególnie obiecuje
nam swoją obecność, gdy głosimy ewangelię ( Mt. 28:19-20 ). Przeżywamy wspaniałe
Boże prowadzenie, kiedy Bóg przemawia przez proroctwa, poselstwa w językach i
widzenia do społeczności i do poszczególnych osób. Wydaje się, że nawet wiele
osób podczas tych marszów otrzymało Boży plan dla swojego życia.
Pan wspaniale przyznaje się do swojego słowa, ludzie są dotknięci przez Ducha
Świętego i wielu nawraca się do Jezusa. Wspaniałe jest to, że możemy przechodzić
przez miejscowości, o które nikt nigdy się nie modlił i ogłaszać namaszczenie
w imieniu Jezusa. Bóg przez swojego Ducha prowadzi też do wspaniałych cudów.
Np. na pierwszym obozie podczas ewangelizacji jedna z sióstr miała objawienie,
że pierwsza osoba, która wyjdzie do przodu z jakąkolwiek chorobą, zostanie
uzdrowiona. Została uzdrowiona pewna kobieta z choroby serca oraz mężczyzna,
który przyszedł o kulach i z obandażowanym kolanem, a odszedł bez nich. Sam
również mogłem wziąć udział we wspaniałych cudach, które czynił Pan, gdy
modliłem się o pewnego żebraka z unieruchomioną lewą nogą (strzaskana stopa
i kolano, zerwane ścięgno Achillesa) i Jezus uzdrowił go, a on na oczach wielu
ludzi wstał i chodził bez pomocy swoich kul. Myślę, że każdy mógłby dać
świadectwo tego, jak Pan prowadzi nas nawet w tym, co mówimy.
Osobiście (co dla mnie bardzo ważne) podczas pierwszego obozu przeżyłem coś, co
mógłbym nazwać "uwolnieniem do służby". Z wielką radością przyjechałem pierwszy
raz dlatego, że Bóg powołał mnie na ewangelistę. Choć w ogóle nie wiedziałem, co
i jak mówić, bojąc się poprosiłem Pana, by coś ze mną zrobił. To było drugiego
dnia i wieczorem na społeczności Bóg potężnie wylał Ducha Świętego. Ja padłem
pod mocą Bożą, były do mnie proroctwa o ewangelizacji i potem nie mogłem się już
oderwać od mikrofonu i megafonu. Wiem, że właśnie wtedy przyjąłem to
namaszczenie.
Wierzę, że wspaniałą sprawą, którą czyni Bóg podczas obozów jest to, że zapala
nasze serca do ewangelizacji. Myślę, że wszystkie osoby po powrocie do swoich
miast myślą już tylko o głoszeniu. Wierzę, że Bóg używa tych obozów, aby
kształtować nas na pokolenie Jozuego, Które już nie tylko mówi o przebudzeniu,
ale idzie i zdobywa ziemie dla Boga.
To, co przeżywamy jest tak wspaniałe, że po drugim obozie zapytany o wrażenia
powiedziałem, że gdyby to było możliwe, chciałbym w tym żyć cały czas.
Wracając do tej wspaniałej jedności (myślę, że to jest prorocze), kiedy spaliśmy
w jednym zborze, ktoś zapytał nas: "Jak to możliwe, że tyle osób z różnych
społeczności, jesteście ze sobą dopiero tydzień, a tak odczuwalna jest jedność
między wami". U Boga możliwe jest wszystko! Myślę, że podczas tych marszów każdy
z nas przeżył swoje własne Dzieje Apostolskie.
Krzysiek ze Świebodzina
rok 2002
Niejaki Sebastian od dłuższego już czasu myślał o Panu Bogu. Kiedy marsz
przechodził przez Chełmno usłyszał śpiewy i krzyki i powiedział do szwagra:
jacyś ludzie krzyczą o Jezusie, chodźmy zobaczyć. Szwagier zapytał się: "A czy
jest z nimi lekarz?", ale wyszli na ulicę. Sebastian był tak poruszony tym co
zobaczył i usłyszał, ze postanowił pójść na spotkanie chrześcijańskie (od dawna
wiedział, gdzie się odbywają, ale nie zamierzał tam iść). W tym samym miesiącu
nawrócił się i dał ochrzcić, a wczoraj chrzest przyjęła jego żona. Na
nieszczęście (dla nas - z Chełmna), Sebastian jest Grudziądza, a w czasie marszu
był w Chełmnie jedynie przypadkowo.
Tadeusz z Chełmna
|